Forum po 30-tce Strona Główna po 30-tce
niezwykła strona niezwykłych użytkowników
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Moja Babcia

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum po 30-tce Strona Główna -> Po 30-tce
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
lulka
Ewa chce spać


Dołączył: 29 Sie 2005
Posty: 11114
Przeczytał: 10 tematów

Pomógł: 1355 razy
Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 23:50, 23 Wrz 2017    Temat postu: Moja Babcia

Nosiła brązowe garsonki i zawsze wydawała mi się stara.
I piękna. Miała olbrzymie, brązowe oczy.
Takie kochane i mądre. Zabierała mnie na grzyby - przekleństwo mojego dzieciństwa- ja byłam wyjątkowo mendowata i wieczne wyłam na tych grzybach bo mnie nogi od chodzenia bolały. Babcia opowiadała mi bajki na tych grzybach...Opowiadała o Pecinie co się czesać nie chciała - bo ja też nie chciałam...
Ale to, że jestem Peciną zrozumiałam jakieś 20 lat potem.
Zawsze byłam dzikusem - nie znosiłam przytulanek i siedzenia na kolankach u mamy czy taty, ale z Polą uwielbiałam spać. Zagarniała mnie swoimi delikatnymi ramionkami i niczego się już nie bałam. I nigdy potem nie czułam się tak bezpiecznie. Nigdy mi nie było i tak cieplutko i przyjemnie.
I nigdy nie zapomnę Jej zapachu. Pachniała świeżą bagietką.
Bardzo ją kocham.


Post został pochwalony 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
animavilis
maszynista z Melbourne


Dołączył: 17 Kwi 2016
Posty: 1834
Przeczytał: 36 tematów

Pomógł: 138 razy
Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Wto 7:59, 26 Wrz 2017    Temat postu:

Mam wiele takich wspomnień z dzieciństwa, które szczególnie zapadły mi w pamięć. Czasem nie dotyczą samych dziadków, ale zdarzeń z Nimi związanych.
Dobrze (tak mi się wydaje) pamiętam, na przykład, klimat imprez organizowanych przez dziadków. Poprzez słowo "organizowanych" rozumiem fakt, że Dziadek zapraszał (głównie swoich "branżowych" kolegów z żonami), a Babcia organizowała (co ciekawe, kompletnie sobie nie przypominam, aby kiedykolwiek odwiedzali nas znajomi Babci). Towarzystwo się schodziło, było wesoło i gwarnie. Na stół wjeżdżały dania przygotowane przez Babcię i kupne ciasta (Babcia nie lubiła piec) oraz koniaczki i inne trunki z rzadka otwieranego barku. Większość zaczynała kopcić (były to czasy, w których nieprzesadnie zwracano uwagę na problem biernego palenia), a ja siedziałam z psem cichutko z boku i chłonęłam tę, ekscytującą wówczas dla mnie, atmosferę. Dostawałam ciastko, a w przypływie szczodrości i dobrego humoru pozwalano mi zanurzyć usta w kieliszku wina. Czasem nawet goście zarejestrowali moją obecność jakimś błyskotliwym spostrzeżeniem (że już taka duża i taka ładna), przynajmniej do momentu, kiedy dziadkowie dochodzili do wniosku, że to jednak impreza dla dorosłych i powinno się mnie wydalić do innego pokoju.
Niektórych znajomych Dziadka pamiętam tylko z nazwisk, bo padały często i były charakterystyczne, a więc panowie Bl-ski i Ba-ski. Innych, z racji wyglądu - pojawiał się, np. ciemnowłosy i niebieskooki (w typie któregoś z tych przystojniejszych Baldwinów) Piotrek (Piotrek był chyba spoza "branży"). Jeszcze innych, bo już wtedy czułam, że byli ciekawymi osobami (np. dość znany grafik M.) lub dlatego, że kojarzyłam jakieś emocje z nimi związane - tak było w przypadku, najmłodszego w tym towarzystwie, współpracownika Dziadka, Grześka z żoną Basią. Dziadek lubił Grześka, ale nie lubił Basi, którą miał za istotę głupią. A Dziadek, w ogóle, zawsze był bardzo bezpośredni, nie ukrywał swoich sympatii i antypatii, i nie dbał o dyplomację (odziedziczyłyśmy to po Nim - Mama i ja). Dla Basi robił wyjątek, bo była żoną lubianego Grześka. Szczęśliwie, Basię lubiła Babcia, bo obie panie były rozmiłowane w zwierzątkach, więc zawsze znajdowały wspólny temat do rozmowy. Mnie wydawali się sympatycznymi, młodymi ludźmi. Wreszcie, nieodzownym gościem wszystkich imprez był Ł. ze swoją żoną H. Podobnie jak w małżeństwie dziadków, Ł. był wizjonerem i idealistą, a H. zabiegała o to, by te wizje i ideały nie roztrzaskały się na bruku przyziemnej rzeczywistości. Dziadek uwielbiał Ł. i, myślę, że z wzajemnością. Ich wzajemne spory stanowiły clou każdej imprezy. Nad każdym spotkaniem zaczynała, w końcu, dominować potyczka Dziadka i Ł. na wizje, poglądy i filozofie życiowe. Oczywiście, nie pamiętam poruszanych wątków ani sensu tych rozmów, ale temat, myślę, był drugorzędny. Chodziło o dyskusję, o burzliwą debatę. Zastanawiałam się później czasem, czy reszta towarzystwa nie czuła się nieco przytłoczona tymi dyskusjami, ale nie mogę sobie przypomnieć ich reakcji. W każdym razie, było wtedy w tym, dla mnie, coś fascynującego.
Wiele lat po śmierci dziadków, kiedy jeszcze utrzymywałyśmy z Mamą kontakt z Ł. i H., Ł. powiedział coś, co zapadło mi w pamięć, a co z czasem, coraz lepiej rozumiem. Sens tej wypowiedzi, ubranej w zgrabne słowa, których sobie nie przypomnę (Ł. był prawdziwym erudytą) był taki, że z każdą kolejną śmiercią przyjaciela, jakaś część prywatnej rzeczywistości zaczyna się osuwać, zamykać. Pojawiają się plamy pustki i to pustki nie tylko po tej osobie, której zabrakło, jako takiej, ale po wszystkim tym, co sobą reprezentowała, po całym fragmencie cudzego świata, który przepadł wraz z nią. I już nie będzie sporów z Dzidkiem o coś tam, ani opowieści Ignaca o czymś innym.

Od wielu lat nie mam kontaktu z Ł. i jako wnuczka jego przyjaciela nie byłam też nigdy partnerem do rozmowy, więc gdybym dowiedziała się o jego śmierci, żadne puste miejsce by nie powstało. Funkcjonuje w mojej głowie w zakładce "dzieciństwo" i tam pozostanie, ale choć łatwo mogłabym sprawdzić, czy żyje, mimo wszystko, wolę tego nie robić. To mi daje poczucie jakieś ciągłości, trwania.


Post został pochwalony 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Seeni
Królewna Glątwa


Dołączył: 16 Wrz 2005
Posty: 17901
Przeczytał: 24 tematy

Pomógł: 2362 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Trójmiasto

PostWysłany: Wto 19:08, 26 Wrz 2017    Temat postu:

Moja Babcia Stasia mieszkała w dalekim Zamościu i przyjeżdżała do nas z Dziadkiem raz, dwa razy do roku. Prawie jej nie pamiętam, zmarła kiedy miałam 7 lat. Pamiętam koczek, miłą krągłowatość, zapach cukru waniliowego i olbrzymią radość z przyjazdu Dziadków, bo Babcia wypiekała cuda tak bajeczne w smaku, że nic się do nich nie umywało.
Druga Babcia, Felicja to był mój niekwestionowany guru we wszystkich sprawach przez cały okres dzieciństwa a potem oparcie we wszystkich problemach wieku dorastania. Babcia zawsze rozumiała, nigdy nie krytykowała, potrafiła usprawiedliwić wszystkie moje ohydnie naganne czyny. Babcia kochała mnie miłością prawdziwie bezgraniczną i było to uczucie, które odwzajemniałam z radością. Razem chodziłyśmy na plotki do sąsiadek, na cmentarze ( Babcia poznawała tam kolejnych Dziadków) To ja pierwsza wiedziałam zawsze o jej kolejnym zamążpójściu a ona o kolejnym moim osobistym narzeczonym. Miała niesamowitą wyobraźnię, wierzyła w magię, wieszała czerwone wstążeczki " od uroku" i jak przypuszczam miała dar przewidywania. Świat Babci był tajemniczy, pełen niesamowitych historii, przepowiedni, przypowieści, zakazanych przyjemności i niedozwolonych łakoci.
Jako Dziecko nie chciałam być aktorką, astronautką, dyrektorką. Zwyczajnie chciałam być Babcią, bo Babcia była najlepsza na świecie.


Post został pochwalony 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Formalny
maszynista z Melbourne


Dołączył: 26 Sie 2005
Posty: 7804
Przeczytał: 42 tematy

Pomógł: 516 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: 3 planeta od Słońca
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 21:44, 26 Wrz 2017    Temat postu:

Moje obie babcie były całkowicie różne od siebie, ale każda z nich cudowna na swój sposób. Jedna odeszła, gdy miałem 5 lat, ale pamiętam każdą z niewielu chwil, gdy się z nią widziałem. Dziwiło mnie, że mówi z takim dziwnym akcentem i nie rozumiem wszystkich słów, które mówi. Była zawsze opanowana, dystyngowana i zawsze nienagannie ubrana - nawet gdy już ciężko zachorowała. Trochę bałem się jej bardzo spokojnego ale bardzo uważnego spojrzenia, ale byłem bardzo szczęśliwym wnukiem gdy głaskała mnie delikatnie po głowie i opowiadała ciekawe historie o dawnych dziejach i losach rodziny. Dopiero wiele lat po tym gdy odeszła dowiedziałem się, że była niespotykanie energiczną i odważną kobietą - czego nie domyślałem się jako wnuczek, pamiętający ten jej spokój, i to uważne spojrzenie. Opowiadała to w sposób, którym trzy-, cztero-, pięcioletniego malucha, potrafiła ogromnie zainteresować sprawami odległymi od bajek i dziecięcych zabaw. Pamiętam do dziś większość jej opowieści...
Druga babcia była czarnookim "tajfunem", dyrygującym z uśmiechem i życzliwością całą rodziną - czworgiem "dzieci" i dziesięciorgiem wnuków. Gdy ktoś z rodziców - jej dzieci, miał problem z subordynacją dziecka - nawet już nastoletniego, działała niezawodnie groźba: opowiem o tym wszystkim babci. Babcia nigdy nie krzyknęła, nie mówiąc nawet o najdelikatniejszym klapsie. Babcia słysząc o nagannym zachowaniu, kazała usiąść naprzeciw siebie i smutno wpatrując się prosto w oczy, spokojnie mówiła, dlaczego to co wnuk zrobił, było złe. To działało po prostu jak hipnoza. Ja przeżyłem jedną taką rozmowę i przy następnej groźbie mamy, że znowu babcia się dowie, natychmiast się poprawiłem... Nie wyobrażałem sobie tego, że znowu musiałbym siąść przed babcią...
Mając siedemdziesiąt osiem lat, na weselu jednego z najstarszych wnuków, babcia w pewnym momencie wyciągnęła zza stołu dziadka (wtedy 82), podeszła z nim do weselnej orkiestry i zarządziła: A teraz orkiestra potrafi czy nie, zagra oberka - po wielkopolsku! Po czym obracając się do gości krzyknęła: Teraz wszystkie panie biorą z ucho panów, wyciągają ich zza stołu na parkiet p i niezależnie od ich formy, tańczą. Orkiestra zagrała, a babcia z dziadkiem odtańczyli 3 kolejne obertasy.
Gdy odchodziła, skojarzyło mi się to z tytułem sztuki Alejandro Casony, "Drzewa umierają stojąc". Na trzy dni przed jej odejściem, gdy była bardzo słaba, jej obie córki - moja mama i ciotka, pomagały jej się umyć, przebrać i uczesać - życzyła sobie tego 3 razy dziennie... W pewnym momencie zza drzwi, za którymi czekałem na koniec tych czynności, usłyszałem jak ciocia mówi do babci: może w czasie czesania mamy, wnuk (chodziło o mnie) będzie podtrzymywał mamę przy czesaniu. Usłyszałem słabym głosem, ale energiczną odpowiedź: to byłoby niedopuszczalne, żeby wnuk zobaczył mnie w takim stanie! To właśnie dla mnie było to: "Drzewa umierają stojąc". I na zawsze zostało...
Moje babcie były wspaniałe...
I rozumiem doskonale, że babcie wszystkich są - były, dla nich najwspanialsze...


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Annok
zbiorowa jaźń


Dołączył: 04 Maj 2016
Posty: 1153
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 12 razy
Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 4:35, 27 Wrz 2017    Temat postu:

Oj można by o babciach i dziadkach wiele.
Wspaniały temat.
Mam szczęście mieć wspaniałe wspomnienia. Oceany miłości i cudownych chwil w życiu.
Całe albumy strych zdjęć i dokumentów.
Babć i dziadków już tylko w sercu. I mam czasami takie wrażenie że opiekują się nami z Nieba. I wiem co piszę.



Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Annok dnia Śro 11:16, 27 Wrz 2017, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
letnisztorm
Tunrida Storm


Dołączył: 16 Lut 2009
Posty: 14732
Przeczytał: 15 tematów

Pomógł: 2152 razy
Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 7:53, 27 Wrz 2017    Temat postu:

Ostatnio dużo czasu spędzałam z dziadkiem. Trochę się otworzył i opowiadał o swoim ciężkim dzieciństwie. Pierwszego września rozmawialiśmy o tym że jak wybuchła wojna był dokładnie w takim samym wieku jak mój syn teraz. Niecałe osiemnaście lat.
Pochodził z bogatej rodziny chłopskiej. Ojciec wszystko przepił i przegrał w karty, dzieci też. Poszły na służbę, kradły ziemniaki z kopców żeby mieć co jeść. Dziadek Stefan był zaradnym młodzieńcem. Nauczył się stolarki, złożył rower. Dwa lata przed wojną zaczął pracować jako pomocnik listonosza w Częstochowie. Miło wspominał ten czas. Mieszkał i dorabiał jako służący u emerytowanego pracownika poczty, w wielkim domu z ogrodem. Traktował go jak syna o on jak ojca.
Szkoda że tak mało opowiadał. Można by nie jeden film nakręcić.

A babcie? Jedna to typowa Mama Muminka a druga wypisz wymaluj Mała Mi. 050


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
animavilis
maszynista z Melbourne


Dołączył: 17 Kwi 2016
Posty: 1834
Przeczytał: 36 tematów

Pomógł: 138 razy
Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Śro 17:38, 27 Wrz 2017    Temat postu:

letnisztorm napisał:
Ostatnio dużo czasu spędzałam z dziadkiem.

Ja w ogóle więcej czasu spędzałam z Dziadkiem i byłam z Nim, chyba, silniej związana. Babcia była dość zasadnicza, a Dziadek uosabiał to, co wciąż mi jakoś tam imponuje, choć teraz, z perspektywy czasu wiem, że z pewnością nie był łatwym człowiekiem ani współmałżonkiem.

Dziadek miał dużą wiedzę i dobry gust (trafić w ten gust było bardzo trudno). Miał też polot, fantazję i nie liczył się z pieniędzmi (w konsekwencji, po Jego śmierci, Babcia została bez oszczędności). Był typem "gadżeciarza", interesowały Go nowinki i lubił sprawiać sobie prezenty (pod pozorem, że kupuje coś "dla domu"), ale obdarowywać innych także lubił bardzo. Nie lubił za to kompromisów, prosić ani przepraszać (jeszcze teraz mam w pamięci, jak stoi na poboczu - gdy nasz "maluch" rozkraczył się w drodze nad morze - ze skrzywioną i nieszczęśliwą miną, delikatnie, anemicznie i wstydliwie trzepocząc ręką, by zatrzymać jakieś auto). Bywał też impulsywny i niewyrozumiały: niepojętym było dla Dziadka, że jego cudowna wnuczka nie ogarnia zadań z matematyki (gorzej - nie ogarnia Jego tłumaczeń zadań z matematyki) i śmie grymasić nad przepysznymi żeberkami. Myślę, że był ze mnie dumny i wiązał ze mną duże nadzieje, tym bardziej, że nadziei tych nie spełniła Mama (bardzo, zresztą, podobna do Dziadka charakterologicznie). Chodziliśmy razem po sklepach, gdzie zasięgał mojej opinii w sprawie kupna perfum czy biżuterii dla pozostałych członków rodziny, zabierał mnie do swoich znajomych, m.in. do księdza Ksawerego. Lubiłam księdza Ksawerego, bo zawsze obdarowywał mnie "świętymi obrazkami", i, zupełnie wyjątkowo, Dziadek (i Mama), nastawieni dość antyklerykalnie, lubili go także - z uwagi na raczej luźny i towarzyski styl życia, o czym, rzecz jasna, nie miałam wtedy pojęcia. Dziadek był też kiepskim kierowcą, nierozważnym i nerwowym (scenę "ty stary dziadu!" z wygrażającą kobietą, której prawie przejechał po palcach, pamiętam także ), podobnie, zresztą, jak Mama. Ł. twierdził, że z Dzidkiem i Małgosią strach jest wsiąść do samochodu. Czasami podejrzewam, że w tej rodzinie musi być przekazywany jakiś gen słabej jazdy Angel Okrzyki o "starym dziadzie" były, zresztą, niesłuszne i krzywdzące, bo Dziadek trzymał się świetnie, ubierał ze sportową elegancją i, doprawdy, niewiele miał w sobie z seniora. Wyjazdów z dziadkami nad morze nie kojarzę zbyt dobrze, ale utkwiło mi w pamięci zabawne zdjęcie, obrazujące ich stosunek do wypoczynku: Babcia, dość obfita, ale zgrabna, z kocim uśmiechem rozciągnięta w leżaku (uwielbiała się opalać i, dzięki dobrej karnacji, "trzaskała się mahoń"), a w tle, wysoki, chudy, przeraźliwie blady i cierpiętniczo skrzywiony Dziadek z okropną chusteczką zawiązaną "w cztery rogi" na głowie
I tak dalej, i tak dalej - można by to ciągnąć w nieskończoność, małe i nieco chaotyczne kafelki wspomnień, którym czas przydaje blasku.
Wiele lat po śmierci dziadków znalazłam listy i dokumenty świadczące o sporej niefrasobliwości, a nawet, mówiąc wprost, nieodpowiedzialności Dziadka, a tym samym o tym, że Jego obraz był w moich oczach wyidealizowany, ale nie zmienia to faktu, że właśnie Dziadek był jedną z najważniejszych postaci mojego dzieciństwa, osobą z krwi i kości, z całym spektrum zalet i wad, z których każda i tak miała w sobie jakiś czar upadłej zalety Angel

Zgadzam się, że "wspaniały temat" i Lulce należą się podziękowania. Bo chociaż pewnie już pisaliśmy o dziadkach przy okazji jakichś ich "Dni", to, w sumie, każdy pretekst jest dobry, by wrócić do miłych wspomnień.
Bardzo ciekawie mi się czyta wszystkie posty i wszystkie mam ochotę "pochwalić", zwłaszcza, że one są takie "od siebie".
Z drugiej strony, nie zrozumcie mnie źle, ale uśmiecham się do wizji, jak to forum przyjmuje nazwę np. "Dom zachodzącego słońca", bo od seniorów obsiadających ciepłym wieczorem ławeczki na skwerku i zerkających w przeszłość, różnią nas czasami tylko "okoliczności przyrody" (no i może jeszcze kilka lat). Ale to ma swój urok i tego na pewno nie uświadczy się np. na Facebooku. Na szczęście krew w nas jeszcze nie zastygła, o czym świadczą topiki w stylu "Porwanie w Białogardzie" - aczkolwiek brutalnie tłamszone przez ataki obrzydliwie trzeźwego racjonalizmu.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Formalny
maszynista z Melbourne


Dołączył: 26 Sie 2005
Posty: 7804
Przeczytał: 42 tematy

Pomógł: 516 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: 3 planeta od Słońca
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 19:06, 27 Wrz 2017    Temat postu:

animavilis napisał:
(...)
I tak dalej, i tak dalej - można by to ciągnąć w nieskończoność, małe i nieco chaotyczne kafelki wspomnień, którym czas przydaje blasku.
Wiele lat po śmierci dziadków znalazłam listy i dokumenty świadczące o sporej niefrasobliwości, a nawet, mówiąc wprost, nieodpowiedzialności Dziadka,
(...)


(Mam nadzieję, że Lulka - autorka tego tematu, wybaczy nam wspomnienia o dziadkach. Przecież dziadkowie są nierozłącznie związani z babciami...)

Pamiętam tylko jednego dziadka - ze strony mamy... Dziadek z męskiej linii odszedł na przełomie wieków XIX i XX, gdy mój ojciec nie ukończył jeszcze 1 roku (to "tradycja" rodzinna, którą ja przerwałem... ) Dziadek bardzo młodo został głową rodu właśnie z powodu tej "tradycji". Według przekazów rodzinnych, przynosił wstyd rodzinie jako lekkoduch. Nie dbał o rodowe majątki. Wolał znikać na całe dni lub tygodnie i rodzina dowiadywała się później o miejscach jego eskapad. Uwielbiał grać na skrzypcach, robił to podobno znakomicie, będąc samoukiem. Wydał fortunę na dobrej klasy skrzypce znanego lutnika niemieckiego (mam ich "wrak" do dziś jako pamiątkę). Przez długi czas rodzina dowiadywała się, że o zgrozo... grał na przykład na wiejskim weselu lub w wiejskiej gospodzie... W końcu otrzymał angaż pierwszego skrzypka w orkiestrze zdrojowej w znanym niemieckim kurorcie. Tego było za wiele rodzinie. Zażądała by nie kalał nazwiska jako "grajek", a dziadek spełnił życzenie. Nie - nie odszedł z orkiestry, lecz... zrezygnował z głównego członu nazwiska, pozostawiając sobie tylko jego pierwszą część... Grając w tej orkiestrze poznał piękną pannę, równą urodzeniem i językiem. Dla pięknej panny zrezygnował z grania i starając się bardzo, został zaakceptowany....
Gdy przyszedł na świat jego pierworodny - mój ojciec, dziadek postanowił się już ostatecznie ustatkować. Zaczął się interesować odbudowaniem zamożności, obiecał całkowicie zerwać z przeszłością, przeniósł się do Polski (to znaczy na teren dzisiejszej Polski) i... zmienił tym razem imię na brzmiące bardzo po polsku...
Dopiero 15 lat temu od jednej z ciotek leżącej na łożu śmierci dowiedziałem się w tajemnicy prawdziwej przyczyny odejścia dziadka. Ktoś nieładnie opowiadał o mało poważnej przeszłości dziadka i skończyło się nielegalnym pojedynkiem. W wyniku ran, po kilku tygodniach dziadek zakończył życie w wieku 34 lat opuszczając żonę i 11 miesięcznego synka... Przezornie - tylko w swoim przekonaniu, powierzył kuratelę nad majątkiem i młodą wdową swojemu kuzynowi - duchownemu. Nie przewidział, że duchowny nade wszystko lubi karty, wino i płeć piękną, a w końcu zniknie gdzieś z resztkami majątku...

Drugi dziadek, to krańcowo inna postać, ale o nim już wspominałem...


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Formalny dnia Śro 19:16, 27 Wrz 2017, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
lulka
Ewa chce spać


Dołączył: 29 Sie 2005
Posty: 11114
Przeczytał: 10 tematów

Pomógł: 1355 razy
Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 22:39, 29 Wrz 2017    Temat postu:

Formalny - mój Dziadek Piotruś - może on mnie ukształtował...Tata mojej Mamy. Nie wiem, tyle lat już jestem na tym forum, że często mam wrażenie, że się powtarzam,a może to tylko moje myśli? Mój Dziadziuś w czasie wojny doznał urazu kręgosłupa i był dosyć mocno przechylony w jedną stronę. Moja Babcia Zosia, ta druga Babcia - jego druga żona, o której jeszcze nie pisałam kochała mnie na zabój - chyba tylko mnie kochała - macocha mojej Mamy - ale, o tym kiedy indziej- Piotrka tępiła, była wiedźmą, ja ją uwielbiałam, bo pozwalała mi na wszystko! Ale jak Piotrek raz na pół roku dał głos i się sprzeciwił Zośce to ja zaaaaawsze trzymałam jego stronę. Nigdy nie znałam tak dobrej, tak cichej, tak pięknej osoby jak Piotruś. Był chudy, kościsty, a jednak tylko on mógł mnie czasami przytulić.
Tylko on.
Nie był erudytą. Uwielbiał moją Mamę. Chronił ją w jakiś cichy sposób przed Macochą. Ona go kochała, ale nie miała dla niego szacunku (po siedemdziesiątce ma), a on nie miał nikogo poza Zośką, mną i moim bratem Robertem - inne wnuki się go wstydziły. Dlatego do dzisiaj nie znoszę moich kuzynów.
A Zośka była zarąbiasta! Ale to dłuuuga historia.
Zwichrowali mnie bo nie była dobrą macochą . Była najlepszą na świecie babką. Niesamowicie inteligentną, hrabiną i takie tam.
Miała fantazję - jak się chciałam w marcu kąpać w jakimś kanale to pozwoliła. I obie płynnie kłamałyśmy w szpitalu z moim zapaleniem płuc, że zaraziłam się jakąś francą na lekcji religii...To była babka odlotowa!


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
rosegreta
4553 - 72123 - 4322


Dołączył: 01 Maj 2016
Posty: 846
Przeczytał: 20 tematów

Pomógł: 99 razy
Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 10:37, 01 Paź 2017    Temat postu:

Kiedy przeczytałam tematy Lulki, pomyślałam : " taka żywa, energiczna, atrakcyjna kobieta a żyje wśród duchów". Jednak jakoś inaczej odebraliście temat i zrobił się z tego całkiem sympatyczno-wspominkowy temat.
Zastanawiałam się czy powinnam coś napisać. Pewnie nie powinnam, tylko chcę sięgnąć pamięcią trochę dalej niż wczoraj.
Moi dziadkowie nie byli wyjątkowi. Właściwie to dziadków ze strony ojca, widziałam może ze dwa razy. Babcia spokojna, pogodzona z życie, niewidoma osoba. Dziadek, choleryk, który słuchał tylko siebie.
Doprowadzał moją matkę do białej gorączki. Sadzał mnie na konia bez siodła, a ona szalała. Mnie się to podobało i nie rozumiałam wtedy mamy, czego się tak denerwuje. Miałam kilka lat zaledwie.
Pamiętam moją prababkę, babcie mojej mamy.
Nie można było do niej wejść dopóki nie pozwoliła. Siedziała na fotelu jak na tronie. Miała na głowie czepek a na rękach koronkowe rękawiczki. Bałam się przy niej sypać cukier do herbaty, bo rozsypię. Gdy już było z nią źle, bo po 90 zachorowała na raka, nie dopuszczała do siebie nikogo prócz jednej ze swoich córek. Nawet lekarz mógł wejść do niej po zrobieniu makijażu i jej uczesaniu. Nie chciała by zapamiętano ją źle wyglądającą.
Moja babcia Jancia jej córka, była jej przeciwieństwem. Chodziła boso, włosy zaplatała w warkocz i spinała w kok. Pozwalała abym na łózku trzymała koty i w puszczała do domu psa.
Pasłyśmy razem krowę. Zbierałyśmy grzyby i owoce.
Babcia była znakomitą kucharką. Przepisy zabrała z sobą z zaświaty.
Umiała z niczego wyczarować coś tak smacznego, że jeden profesor biologii, który przebywał ze studentami w naszych stronach, prowadząc badania, chciał ją porwać i wyznał jej miłość. Przez żołądek do serca jak to mawiają. Babcia była bezpośrednia wobec innych, jednak wobec niej już to tak nie działało. Często sie obrażała. Nosiła w torebce słodycze dla nas i przebierała się za mikołaja w święta. Robiła obrazy z włóczki, makatki, malowała obrazy - jelonki na rykowiskach i krajobrazy.
Dziadek był utalentowany. Grał na kilku instrumentach. Był organistą w kościele. Umiał rzeźbić. Z mydła robił mi zwierzątka, lwy, tygrysy, niedźwiedzie itp. Nauczył mnie grac w szachy. Pięknie rysował, projektował ubrania i potrafił kawałek szmatki zmienić w wieczorową suknię. Gdyby to był inny kraj na pewno zrobiłby karierę. Kiedy żył miałyśmy zawsze piękne sukienki i płaszczyki uszyte przez dziadka, z kawałków zdobytych jakiś materiałów. Pracował w fabryce, męczyło go to. Stąd pewnie te zawały serca. To był artysta. Wojnę przeżył pewnie ze względu na swoje talenty. Nie wysyłano go bezpośrednio na pole walki. Ginęli jego przyjaciele. Taką osobę chroniono, gdyż nie dość, że potrafił uszyć, naprawić mundur to i przerysować mapę, no i jeszcze zagrać na jakimś instrumencie. Wojna jednak zostawiła na nim piętno, gdyż pozostawił pamiętniki, nie zgodził się ich wydrukować, choć mu proponowano.
Potrafił świetnie opowiadać na dobranoc mi bajki. Później okazało się, że są to historie z Biblii.
Sypiałam między babcią i dziadkiem w ich małżeńskim łóżku.
Dziadkowie mnie wychowywali do 6 roku życia.
Rodzice budowali wtedy kraj (tzn. pracowali) a mnie "kłopot" oddano do dziadków. Odwiedzali mnie w weekendy i czasem w tygodniu. Przekupywali cukierkami, co denerwowało babcię, bo nie lubiła tych "sztucznych, farbowanych" cukierków.
Nie żałuję lat dziecięcych, dobrze mi było z dziadkami.
Nie było TV a jakoś się nie nudziłam.
Poza tym z babcią mieszkała wtedy moja ciotka i wujek. Chodzili jeszcze wtedy do szkoły. Jak to było dawno.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez rosegreta dnia Nie 10:38, 01 Paź 2017, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
rosegreta
4553 - 72123 - 4322


Dołączył: 01 Maj 2016
Posty: 846
Przeczytał: 20 tematów

Pomógł: 99 razy
Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 11:41, 01 Paź 2017    Temat postu:

Przypomniała mi się też historia porwania mnie przez babcię ze szpitala.
Leżałam w szpitalu ze złamaną ręką. Zagipsowali mi całą rękę, od ramienia do nadgarstka. Było strasznie. Nigdy nie lubiłam szpitali. Ten wojskowy porządek. Tego nie wolno, tamtego nie wolno. Nie dość, ze człowiek chory, nieszczęśliwy to jeszcze musi sie podporządkować jakiemuś regulaminowi. Nic mu nie wolno i jest ciągle strofowany i karany. Pielęgniarka codziennie przeszukiwała mi szafki. Wyrzucała nawet świeże bułki, które rano przywoził mi tata. Pewnego dnia odwiedziła mnie babcia i widząc moje nieszczęście po prostu ubrała mnie, spakowała i zabrała do siebie.
Byłam jej za to ogromnie wdzięczna. Wreszcie ktoś kto zrozumiał moje potrzeby.
Niestety zrobiła się z tego straszna afera.
Ojciec tego samego dnia, wściekły, odebrał mnie od babci i ukarał tym, że na następny dzień kazał iść do szkoły.
A ja miałam nadzieję, że zostanę u babci i tam przejdę rekonwalescencję.
Babcia mi będzie gotować to co chcę, będę czytać książki i wylegiwać się w łóżku...


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
animavilis
maszynista z Melbourne


Dołączył: 17 Kwi 2016
Posty: 1834
Przeczytał: 36 tematów

Pomógł: 138 razy
Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Nie 13:20, 01 Paź 2017    Temat postu:

rosegreta napisał:

Babcia była znakomitą kucharką.

Matka mojej Matki była dobrą kucharką, ale brakowało Jej serca do ślęczenia w kuchni. Gotowała, bo była taka potrzeba.
Matka mojego Ojca była kucharką z pasją, uwielbiała pichcić i Jej dania były naprawdę pyszne. To była "stara" szkoła gotowania - dużo tłuszczu (smalec, wysokoprocentowe śmietany i mleka), dużo cukru. W mniemaniu Babci, dobrze wyglądające i dobrze odżywione dziecko powinno być dzieckiem z przynajmniej pięciokilogramową nadwagą. Tych oczekiwań Babci nie spełniałam, która biadoląc nad moją kondycją ("jakaś ty chudziutka!"), jak w gęś tuczną wpychała we mnie racuszki, placuszki, omleciki i pierogi (od dziecka bowiem stawiałam zdecydowany opór wobec karmienia mnie tłustym mięsem i wędlinami) do momentu, kiedy sprawa stawała na ostrzu noża i, nieszczęśliwa, przekarmiona, wybuchałam płaczem. Wtedy Babcia też była nieszczęśliwa, bo działała w dobrej wierze. Niemniej, tak dobrych pierogów czy racuszków, nie zdarzyło mi się później jeść w życiu zbyt wielu.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
rosegreta
4553 - 72123 - 4322


Dołączył: 01 Maj 2016
Posty: 846
Przeczytał: 20 tematów

Pomógł: 99 razy
Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 14:20, 01 Paź 2017    Temat postu:

Też nie należałam do "jadków". Tzn. próbowano na mnie rózne specyfiki poprawiające apetyt. Jednak babcia nie zmuszała mnie do jedzenia, robiła do jedzenia to co chciałam. Pozwalała wyjadac łyżką śmietanę, którą trzymała w słoikach w drewnianej szafie zamykanej na skobelek.
Robiłyśmy z tej śmietany masło.
Uwielbiałam jej kruche rogaliki, pozwalała mi jeść je gorące.
Lubiłam też jej zupę gulaszową z chleba. Nigdy potem takiej nie jadłam.
Nie wiem jak ją robiła.
Mam problem z moją córką. Żeby cokolwiek zjadła muszę jej robić tyko to co lubi. Żyje chyba powietrzem z miodem. No bo miód potrafi jeść łyżkami.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum po 30-tce Strona Główna -> Po 30-tce Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin