Forum po 30-tce Strona Główna po 30-tce
niezwykła strona niezwykłych użytkowników
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Ewangelia hip-hopowa?
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum po 30-tce Strona Główna -> Pałac Kultury i Nauki
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
latexfist
użytkownik nieaktywny


Dołączył: 21 Paź 2005
Posty: 119
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Pon 9:14, 14 Lis 2005    Temat postu: Ewangelia hip-hopowa?

Biblia pierwszego kontaktu. Spór o nowe przekłady Pisma Świętego.
Ewangeliczne “zaprawdę, zaprawdę” to “bez kitu, bez kitu” albo “bez ściemy, bez ściemy”. Zamiast “powiadam ci” mamy “puszczam ci nawijkę”, “nauczyciel” to “belfer”, “zbliżać się” to “poginać”; “rozumieć” to “czaić”. Czy można tłumaczyć Biblię na język młodzieżowy?
Komisja Języka Religijnego przy Radzie Języka Polskiego PAN wydała ostatnio “Uwagi o współczesnych przekładach Biblii na język polski”. Analizowane przekłady – na gwary śląską i góralską, a także slang młodzieżowy – zostały poddane ostrej krytyce: takie próby, zdaniem Komisji, “budzą głębokie zaniepokojenie, i to zarówno na płaszczyźnie teologiczno-religijnej, jak i na płaszczyźnie językoznawczo-filologicznej”. Trudno mi polemizować z argumentami natury filologicznej i egzegetyczno-translatorskiej, Pismo Święte nie jest jednak wyłącznie pomnikiem kultury języka. Jest przede wszystkim słowem, przez które Bóg komunikuje się z człowiekiem i dobrze by się stało, gdyby Biblia była nie tylko księgą liturgiczno-pomnikową, ale także książką codziennego użytku.

Tymczasem perspektywę ewangelizacyjną, o którą się dopominam, Komisja de facto odrzuciła. A przecież Pismo Święte to – jak zdefiniował Sobór Watykański II – locutio Dei, mowa Boga skierowana do człowieka, i trzeba zrobić wszystko, żeby jak najczęściej do owego człowieka docierała.

Aby lud rozumiał

Jednym z kluczowych tekstów biblijnych dla teologii proklamacji i przepowiadania słowa Bożego jest opis czytania Prawa Mojżeszowego zawarty w księdze Nehemiasza. Po powrocie z niewoli babilońskiej, w Święto Namiotów, pod wpływem próśb całego ludu, który zgromadził się na placu przed Bramą Wodną, kapłan Ezdrasz “przyniósł księgę Prawa Mojżeszowego, które Pan nadał Izraelowi” (8, 1). W zgromadzeniu uczestniczyli – jak pisze autor biblijny – wszyscy, którzy albo byli zdolni słuchać, albo – w innym miejscu – mogli rozumieć. “Czytano więc z tej księgi, księgi Prawa Bożego, dobitnie, z dodaniem objaśnienia, tak, że lud rozumiał czytanie” (8, .

Jak widać, zdolność do słuchania i rozumienia okazała się niewystarczająca, gdyż samo czytanie musiało zostać dopełnione objaśnieniem. Na czym polegało owo objaśnienie? Komentatorzy są podzieleni. Jedna koncepcja głosi, że gdy w 432 r. przed Chrystusem Żydzi powrócili z niewoli Babilonu, niewielu z nich mówiło i rozumiało po hebrajsku, zaś Ezdrasz czytał właśnie w tym języku. Konieczne okazało się zatem tłumaczenie na aramejski, który dominował w państwie babilońskim i przez asymilację stał się językiem także izraelskich repatriantów. Inni komentatorzy twierdzą, że chodziło raczej o wyjaśnianie wszystkiego, co w prawie niejasne, bowiem okres wygnania pogłębił wśród Żydów religijną ignorancję (można się tu dopatrywać początków homilii).

Bez względu na to, jaką interpretację przyjmiemy, można stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, że tekst biblijny dla powracającego z wygnania Żyda (wyjąwszy oczywiście kapłanów i lewitów) stał się niezrozumiały.

Historia żywa

Członkowie Komisji piszą w “Uwagach”, że “problematyczna wydaje się w ogóle celowość »przekładów« (trawestacji, adaptacji) na gwary i języki o ograniczonym zasięgu społecznym. Zatwierdzone przez władze kościelne i uznane przez opinię filologów, używane w liturgii i nauczaniu przekłady biblijne na polski język literacki, mimo własnej specyfiki stylowej, nie są wszak tak niezrozumiałe, aby stwarzały konieczność dodatkowego tłumaczenia na jakikolwiek język rzekomo bardziej przystępny”. Czy rzeczywiście jest aż tak dobrze?

Adam Krzemiński, pisząc w “Gazecie Wyborczej” (z 25 października) o religijności Niemców, stwierdził, że “dla młodego pokolenia nie ma żadnej wewnętrznej więzi między dogmatami religijnymi a realnym życiem”. Tę smutną diagnozę można poszerzyć. Śmiem twierdzić, że dla wielu ludzi (nie tylko młodych, nie tylko w Niemczech) nie ma więzi między światem biblijnym i współczesnym, między historią zbawienia i ich własną biografią wiary. Dla wielu to rzeczywistości nieprzystające. Przyczyną jest m.in. językowa przepaść oddzielająca świat Biblii od życia codziennego. Wystarczy porównać namaszczony tekst Pisma z dynamiczną narracją “Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną”. Niestety, próżno szukać w nich punktów stycznych, i to nie tyle ze względu na treść, ta bowiem w gruncie rzeczy jest o tym samym – o wartości i sensie istnienia, ile ze względu na style, które dzielą językowe lata świetlne.

Trzeba postawić pytanie, czy nasz stosunek do Biblii jako tekstu świętego nie uczynił go aż tak stylistycznie podniosłym? Bo przecież przepowiadanie Jezusa nie różniło się znacznie od języka potocznego. Chrystus wypowiadał się w sposób typowy dla przeciętnego semity, o Bogu mówił takim samym językiem, jak o otaczającym Go świecie.

Powtórzmy: dla współczesnego czytelnika (na ogół słuchacza) Biblii nie istnieje językowe continuum między światem biblijnym i światem, w którym przyszło mu żyć. Ale w rozumieniu Komisji owo continuum wydaje się zbędne: “Idzie raczej o umiejętny wybór tych cech tradycyjnego stylu biblijnego, które nie zaciemniają tekstu, lecz nadają mu pożądanego dostojeństwa tak, żeby wierny miał poczucie spotkania z językiem innym niż otaczający go na co dzień (reklama, polityka, media)”. Dlaczego? Nie wiem. Czy językiem reklamy rzeczywiście niczego nie da się o Bogu powiedzieć?

Sobór Watykański II zachęca do posługi słowa, którą należy rozumieć jako “przepowiadanie przedziwnych dzieł Bożych w historii zbawienia, czyli misterium Chrystusa, które zawsze jest w nas obecne i działa, zwłaszcza w obrzędach liturgicznych” (Konstytucja o liturgii, 35). Historia zbawienia nie jest – choć zabrzmi to paradoksalnie – rzeczywistością historyczną, przeszłą, minioną. Przeciwnie, jest rzeczywistością teraźniejszą, żywą, wciąż się dokonującą, którą Kościół nie tylko wspomina, ale i celebruje, podkreślając w misterium liturgii słowem “hodie”, czyli dzisiaj, które jak refren przewija się przez rok liturgiczny.

Boże i nie-Boże

Lubię archaizujące przekłady Biblii. Nie wolno jednak własnych gustów, także kościelno-liturgicznych, czynić normą dla odbiorców. Wiem bowiem, że w powszechnym odczuciu archaizujące przekłady sytuują Pismo pośród różnego rodzaju opowieści z przeszłości, mitologii czy literatury historycznej – i tym samym niebezpiecznie zwiększają dystans do tego, o czym mówią.

Zarysowany tu problem łączy się jeszcze z innym zarzutem Komisji. Otóż wspomnianym przekładom czy trawestacjom wytknięto, że nie służą “udostępnianiu Pisma Świętego, ale narażają jego treść na językową trywializację, a na płaszczyźnie doświadczenia religijnego – na bezrefleksyjne mieszanie sacrum z profanum”. Problem relacji sacrum do profanum często pojawia się w dyskusjach dotyczących języka religijnego. Ostro wybrzmiał chociażby w cyklu artykułów na łamach “Res Publiki Nowej” (2/04). Zwolennicy językowego różnicowania sfer wychodzą z założenia, że zjawiska świeckie i święte pochodzą z dwóch różnych porządków, powinny więc być opisywane innymi językami. Tyle że taka perspektywa zdradza niejaki dualizm świata, który rozbija się na dwa – dodam, że nieciągłe – światy: sakralny i sprofanowany, świecki i religijny, Boży i nie-Boży.

Moim zdaniem rzeczywistość biblijna takiego podziału nie zna, a jeśli nawet zna, to nie jest on aż tak ostry. Rozumienie świata jako dwóch różnych porządków może prowadzić do daleko idących konsekwencji, chociażby ograniczania przeżywania wiary do pobożności – zapominając, że zasadniczą sferą przeżywania wiary jest życie codzienne, a nie jakaś wypreparowana z codzienności chwila dla Boga. Warto przypomnieć sobie uczniów zmierzających do Emaus, którzy – jak zapisał św. Łukasz – rozmawiali ze sobą “o tym, co się wydarzyło” (24, 14). Tym zaś, co się wydarzyło, były męka i śmierć Pana, które w ich rozumieniu nie miały jeszcze takiego znaczenia, jakie im dziś przypisujemy. Uczniowie nie wiedzieli jeszcze, że wydarzenia, w których biorą udział, są osią historii zbawienia. Bo historia zbawienia jest ciągle w nas obecna i to, co się dziś wydarza, też mieści się w perspektywie Bożego planu. Jak pisał Jan Paweł II w ostatnim liście apostolskim: “Na drodze naszych znaków zapytania i naszych niepokojów, a niekiedy także naszych dotkliwych rozczarowań, Boski Wędrowiec nadal nam towarzyszy, ażeby nas poprowadzić – wyjaśniając Pisma – do zrozumienia tajemnic Bożych” (Mane nobiscum Domine, 2).

To właśnie Pisma i ich wyjaśnienie stanowią pomost między tym, “co się wydarzyło”, a tym, co wciąż “się wydarza”. Niestety, w świadomości bardzo wielu, a może większości czytelników i słuchaczy Biblii (to także grzech kaznodziejski) między jedną i drugą rzeczywistością nie ma nie tylko continuum językowego, ale także continuum teologicznego. Związek między powszechną historią zbawienia zapisaną na kartach Biblii i własną historią zbawienia, która wciąż się dokonuje, jest niedostrzegany, tamta bowiem opisywana jest w perspektywie i terminologii sacrum, ta zaś przynależy do profanum.

Hiob w hipermarkecie

Członkom Komisji proponuję małe doświadczenie. Niech zostawią w domu cały teologiczno-filologiczny warsztat, a potem staną w niedzielę pod amboną. Niech poczują się jak statystyczny polski wierny, który edukację religijną skończył na bierzmowaniu. I niech spróbują posłuchać tekstu biblijnego. Czyż nie poczują się jak tłum z księgi Nehemiasza, co niby słuchał, ale niewiele zrozumiał?

Przyczyn problemów z rozumieniem tekstu biblijnego jest wiele. O jednym już wspomniałem: archaizujący, wysoki styl, który dla ludzi kształtujących swe wzorce językowe na reklamie, gazecie i literaturze średnich lotów jest po prostu obcy. Ale nie w samym stylu kłopot. Istotnym problemem jest także leksyka. Tekst napisany w kulturze agrarno-kupieckiej jest dla współczesnych niezrozumiały już w warstwie – powiedzmy – scenograficznej i fabularnej. Czy wyrazy “wiejadło” i “omłot” są dziś w powszechnym obiegu? A jak funkcjonują w świadomości społeczeństwa wielkomiejskiego porównania wzięte z życia pasterskiego?

Komisja stwierdziła, że “tekst Biblii ma nie tylko cel komunikacyjny, ale także cel wychowawczy: uwrażliwienia na świat wartości i na przeżycie religijne, czemu towarzyszy artystyczny, literacki i – ogólnie mówiąc – »wysoki« styl języka”. To wszystko prawda. Trzeba jednak zapytać, czy któryś z członków Komisji ów cel wychowawczy realizuje, i to nie na poziomie akademickim, ale szkolnym, gdzie Biblia jest nie tylko źródłem nauczania religii, ale także lekturą? A podobno “czytanie Biblii jako literatury jest gorsze od nieczytania jej wcale”. Co więc zrobić, żeby czytać? Żeby czytać Biblię nie jako pomnikowe dzieło z przeszłości, lecz jako księgę o “dzisiaj” Boga i człowieka?

Interesujący eksperyment zaproponował łódzki polonista Dariusz Chętkowski, który dokonał parafrazy dwóch pierwszych rozdziałów księgi Hioba. “Nie widzę powodów – pisze Chętkowski – aby Pismo Święte traktować jako nietykalny pomnik. Idąc za radą św. Tomasza Morusa, powiadam, że śluby filologiczne z żywymi brałem, a nie z umarłymi” (“Z budy. Czy spuścić ucznia z łańcucha”, Warszawa 2003). Ożywia więc tekst Biblii, przenosząc wydarzenia opisywane w księdze Hioba we współczesne realia. Zamiast jarzm i wielbłądów pojawiają się karty kredytowe i promocje. Tytuł współczesnej parafrazy brzmi: “Dlaczego Hiob jest wiernym klientem hipermarketu?”. Tym, którzy gotowi są popaść w święte oburzenie, proponuję, aby zajrzeli do tekstu. Poprzez porzucenie archaicznej scenografii Chętkowskiemu udało się przekonać młodych czytelników, że Biblia opowiada nie tylko o jakimś prehistorycznym Hiobie, ale o nich samych i ich dylematach. Hipermarketowa parafraza nie ogranicza się jedynie do prostych zabiegów językowych, ale jest próbą “przetłumaczenia” sensu biblijnej opowieści tak, by nie zatracić zasadniczych idei.

Impra z Jezusem

Mniejsze ambicje mieli autorzy “Dobrej czytanki według świętego ziooooma Janka”, wspomnianej w “Uwagach” Komisji. Tłumaczenie autorstwa Garfielda i Trooskafki na współczesny slang młodzieżowy zdradza związki językowe z kulturą hip-hopową. Znajdziemy tam wyrażenia typowe dla niej, a szerzej – dla współczesnej młodzieży, która tę subkulturę uważa za własną. Ewangeliczne “zaprawdę, zaprawdę” to “bez kitu, bez kitu” albo “bez ściemy, bez ściemy”. Zamiast “powiadam ci” mamy “puszczam ci nawijkę”, “nauczyciel” to “belfer”, “wejść” to “wbić się”, “zbliżać się” to “poginać”, “rozumieć” to “czaić” itd. Pojawia się też nieszczęsna “impra”, która w ocenie Komisji zupełnie nie nadaje się do wyrażenia tego, czym było wesele w Kanie.

Wszystkie przytoczone przykłady nie dotyczą jednak – co ważne – pojęć uważanych za religijne, a więc opisujących rzeczywistość nadprzyrodzoną. Dokładna analiza tekstu prowadzi do wniosków zaskakujących. W hip-hopowym tłumaczeniu zachowano takie pojęcia jak Duch, Boże Królestwo, Syn Człowieczy, jednorodzony Syn Boży, zbawienie czy wierzyć. Pozostawiono także niektóre biblizmy (narodzić się z wody i z Ducha, narodzić się na nowo, dawać wiarę, wywyższyć węża na pustyni, mieć życie wieczne). Pojawiły się też typowo kościelne terminy, jak uczynki czy świadectwo. Jak widać, tekst przetłumaczono jedynie w jego warstwie narracyjnej, fabularnej czy scenograficznej, zasadniczo pozbawionej pojęć religijnych.

Owszem, biblijne opowiadanie nie zostało wyrażone w stylu wysokim, do jakiego się przyzwyczailiśmy. W innym fragmencie czytamy np., że Jezus “se glebnął” (położył się), a Samarytanka pyta Jezusa: “Pogięło cię?”. Rozumiem, że takie zabiegi w odniesieniu do tekstu natchnionego mogą wywoływać dezaprobatę. Czy jednak słusznie? Intencją autorów tłumaczenia nie było zapewne zbanalizowanie świętego tekstu. W “Uwagach” Komisji czytamy, że w tłumaczeniu Biblii zasadą jest “stylistyczna, treściowa i emocjonalna wierność tekstowi oryginalnemu”. Gdyby jednak chcieć dokonywać gradacji, przecież najważniejsza jest wierność treściowa, a ta – moim zdaniem – została przez Garfielda i Trooskafkę zachowana.

Kryminał i melodramat

Oba przytoczone przykłady dążą do nawiązania językowego, a tym samym – treściowego i teologicznego continuum między światem biblijnym i współczesnym. Taka jest tendencja współczesnej translatoryki biblijnej, choć zapewne równie daleko posunięte eksperymenty językowe należą do rzadkości. Dobrym przykładem jest nowe francuskie tłumaczenie nazywane “Bible Bayard” z roku 2001, które – oczywiście – wywołało we Francji burzę. Według Frédérica Boyera, redaktora tłumaczenia, celem było skonfrontowanie literatury biblijnej ze współczesną stylistyką literatury francuskiej. Tłumaczom przyświecać miało przekonanie, że tekst Pisma przeznaczony jest nie tylko do czytania, ale także, a może przede wszystkim – do słuchania.

Język religijny, w tym biblijny, w niewielkim tylko stopniu bierze udział w codziennym obiegu języka. Wystarczy posłuchać większości naszych kaznodziejów, by się przekonać o tym, jaka odległość dzieli kościelny styl od żywej polszczyzny. Nie znaczy to oczywiście, że na ambonę należy teraz bezzwłocznie wprowadzić slang, wyrażenia kolokwialne i zachwianą składnię. Nie można jednak także popadać w przeciwną skrajność – konserwować i petryfikować język religijny jako święty, czyli nienaruszalny.

I dobrze się dzieje, że zamiast “błogosławionych” mamy “szczęśliwych”, a zamiast “miłować się” zwyczajne “kochać”. Dlaczego? Bo kochać i być szczęśliwym to coś normalnego, ludzkiego, a więc osiągalnego, a być błogosławionym i miłować – to słowa nie z tego świata, a więc opisujące coś, co wydaje się niedostępne. Któż z nas zdolny jest miłować, skoro miłowanie – jak najczęściej słyszymy – jest czynnością Boga?

Zgadzam się z tezą Jana Turnaua, że nieczytane Pismo Święte nikomu nie służy. Niestety, w naszych domach – przepraszam tych, u których jest inaczej – Biblię najczęściej przykrywa kurz. Dlaczego księga, która opisuje historię naszego zbawienia, nie jawi się nam jako na tyle ciekawa, by po nią sięgnąć? Przecież wiemy, że jest ciekawa. Jest w niej – mówiąc w dużym skrócie – i kryminał, i melodramat. Historie piękne i tragiczne. Może są źle napisane?

Ideałem by było, by nie tylko sięgać do Biblii, ale sięgać do wydań najlepszych, krytycznych, bogatych w objaśnienia, a może nawet w oryginale. Do tego się jednak dorasta. Zanim dorośniemy, różne trawestacje, parafrazy, opowieści biblijne, Biblie w obrazkach, Biblie w wersji esemesowej bądź nawet w komiksie mogą posłużyć za Biblię pierwszego kontaktu.

Ks. Andrzej Draguła jest adiunktem w Katedrze Katechetyki i Homiletyki Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Szczecińskiego, a także duszpasterzem młodzieży i współorganizatorem “Przystanku Jezus”.


[link widoczny dla zalogowanych]


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
jaras
mrówkolep jadowity


Dołączył: 23 Wrz 2005
Posty: 765
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Koszalin

PostWysłany: Pon 10:30, 14 Lis 2005    Temat postu:

Witam.

I to samo pytanie, co w sąsiednim wątku: i co dalej? Jakieś przemyślenia i refleksje?

Przeczytałem to wszystko, ale, prawdę mówiąc nie podoba mi się to. To znaczy, przerabianie Biblii na język slangowy.

Nie mam natomiast pojęcia, jak uzasadnić swą wypowiedź - po prostu mi się to nie podoba i już.

Pozdrowienia.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
latexfist
użytkownik nieaktywny


Dołączył: 21 Paź 2005
Posty: 119
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Pon 10:38, 14 Lis 2005    Temat postu:

Nie napisałem nic, bo trochę na szybko to było. Już to naprawiam.

Wydaje mi się, że warto posłuchać, co ten ksiądz pisze. Pamiętam, że tyle szumu było swego czasu o Harry'ego Pottera jako coś złego, a to przecież on odciągnął dzieciarnię od oglądania Pokemonów. Czy potem porzuciły czytelnictwo - tego nie wiem, ale jest szansa, że nie wszystkie.
I podobnie tutaj - młodzież przeczyta o Jezusie, który sobie glebnął itd., a potem może sięgnie po to bardziej artystyczne tłumaczenie. To jest coś w rodzaju tłumaczenia języka "Biblii" na język polski. Bo: Czy wyrazy “wiejadło” i “omłot” są dziś w powszechnym obiegu? A jak funkcjonują w świadomości społeczeństwa wielkomiejskiego porównania wzięte z życia pasterskiego?
Pewnie, można argumentować, że jak ktoś będzie chciał czytać, to będzie, ale wydaje mi się, że to nie dla tych osób to tłumaczenie. To takie wyciągnięcie ręki w stronę pewnych ludzi.
Tym bardziej, że - jeżeli wierzyć ks. Andrzejowi Dragule - zasadnicze znaczenie jest nietknięte.

Dziwią mnie reakcje przeciwne takim pomysłom.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
jaras
mrówkolep jadowity


Dołączył: 23 Wrz 2005
Posty: 765
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Koszalin

PostWysłany: Pon 10:49, 14 Lis 2005    Temat postu:

OK, rozumiem.

Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że w obecnym użyciu są różne "podzbiory" słownictwa języka polskiego?

Na przykład: język literacki, język naukowy, język dziennikarski, czy wreszcie język slangowy i wiele, wiele innych.

I pewnie zdajesz sobie sprawę z tego, że pewne (na pewno dobrze wiesz, jakie mam na myśli) słowa, które występują w slangu ulicznym czy kminie więziennej, często nie występują w innych "pozdzbiorach" słownictwa?

I co, potem taki "ziomek" jeden z drugim, jak się "upalą" ("zbakają", jeśli już ;-), to będą prowadzić takie rozmowy: "no, k..., ten Jezus, to był, k..., niezły zioom. Bo wiesz, k..., on sobie glebnął, k..., ze swoimi ziomalami i wychylili, k..., winiacza. Tylko nie wiem, na ch... tak szybko się zwinęli do swych kwadratów." ???

Nie wydaje mi się to zbytnio religijne. :-/

Pozdrowienia.

PS. Przepraszam, jeśli uraziłem czyjekolwiek uczucia. :-/


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
latexfist
użytkownik nieaktywny


Dołączył: 21 Paź 2005
Posty: 119
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Pon 11:22, 14 Lis 2005    Temat postu:

Hmm... tak.
Owszem, istnieje wiele podzbiorów (tak samo jak np. tzw. metale niekoniecznie zrozumieliby w lot tę hip-hopową biblię), co musiałoby zaowocować powstaniem biblii dla każdego środowiska. A to już by było groteskowe - kolekcja biblii we wszystkich dialektach i narzeczach.
Niemniej, można co nieco uwspółcześnić język zastosowany w Biblii. Ten średniowieczny z przekładu Jakuba Wujka też niekoniecznie był bliski oryginałowi, więc powstały inne. Pytanie - gdzie jest granica?
Niedawno wydano umiarkowanie można by rzec przetłumaczone Pismo Św., zważywszy na hip-hopowe tłumaczenie - gdzie np. zamiast "błogosławieni" zastąpione jest słowem "szczęśliwi". No bo - czy obecnie używa się słowa błogosławieni. Jedynym chyba przypadkiem jest stan błogosławiony. Nie wiem, czy to najfortunniejsze tłumaczenie, ale przynajmniej jest pewien ruch w interesie.
Co do kurwujących ziomali, to jest trochę inna kwestia. Jak mówiłem - albo takie podejście zainteresuje kogoś, albo nie. Zaryzykować nie szkodzi.
Jest taki kawał:
- Znasz Beethovena?
- Nie, ale robi zajebiste dzwonki do komórek.
A to już trochę lepiej niż nie znać Beethovena w ogóle. Pracowałem kiedyś jako robotnik fizyczny i był tam m.in. były kibic, ziom itd. I przez 1,5 roku pracy udało nam się nawiązać jakąś nić komunikacji. Koleś z poczatku nie wiedział, co to znaczy "kontekst", potem sensowniej można było z nim pogadać. Ale trzeba było zacząć od zainteresowania różnymi tematami i pomocne były porównania do jego doświadczeń.
Jak w tekście - uczniowie po umieszczeniu Hioba w hipermarkecie zaczęli widzieć w tej przypowieści siebie.
Chodziłem przez jakiś czas na nabożeństwa protestanckie, gdzie pastor podczas kazania potrafił zrobić przerwę, żeby wyjaśnić jakieś słowo. A to dlatego, że w oryginale było wieloznaczne. Pójściem jeszcze bardziej w stronę odbiorcy, jest tłumaczenie, że Jezus zamiast się położyć - glebnął się. Już pomiędzy moim rocznikiem, a np. obecnymi 13-, 14-latkami zieje przepaść, że strach się bać. Dzieci w większości są poważnie zaniedbane (efektem czego potrafią sobie zabić bezdomnego z ciekawości, dla jaj, "bo może im coś powiedział"), coraz bardziej posługują się swoim językiem.
Takie podejście do tłumaczenia może więc jest tylko trochę desperackim.
No i nie należy zapominać o ludziach, którzy dajmy na to skończyli tylko podstawówkę i robią na trzy zmiany w fabryce - podejrzewam, że nie mają ani czasu, ani energii głowić się nad tym, co znaczy dajmy na to "wiejadło" czy "omiotł".
Gdzieś mi się obiło o oczy, że Jezus kazał mówić językiem prostym. (Podobnie zresztą Budda, ale z czasem ludzie zapominają i dodają od siebie, co potem narasta i narasta.)


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
jaras
mrówkolep jadowity


Dołączył: 23 Wrz 2005
Posty: 765
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Koszalin

PostWysłany: Pon 11:30, 14 Lis 2005    Temat postu:

No, to w takim razie, "mam pomysła" (choć chyba nie kiepskiego ;-).

Nie popadać ani w jedną skrajność, ani w drugą. To znaczy, nie używać zbytnio "górnolotnego" i niezrozumiałego dla "mniej lotnych" ;-) ludzi języka biblijnego, ale też nie uzywać niezbyt przyzwoitego języka "ziomali".

Zaś użyć zwykłej prozy literackiej. Takiej, jak w Harlequin'ach (nie wiem, czy dobrze napisałem ;-) albo w innych prostszych książkach.

Co Ty na to?

Bo ja bym jeszcze na to mógł się zgodzić.

Pozdrowienia.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
latexfist
użytkownik nieaktywny


Dołączył: 21 Paź 2005
Posty: 119
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Pon 11:41, 14 Lis 2005    Temat postu:

No, niedawno wyszło takie tłumaczenie. Oczywiście, też budziło sprzeciwy.

A skrajności nigdy nie są dobre, jak nauczał Budda.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Aproxymat
Para X to my


Dołączył: 26 Sie 2005
Posty: 33795
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1537 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: zewsząd
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 11:50, 14 Lis 2005    Temat postu:

A ja uważam sam pomysł za chybiony. A to z takiego powodu, że młodzieżowe slangi ulegają zmianom, praktycznie z miesiąca na miesiąc - kiedy pojawiają się nowe powiedzonka, całe zwroty, zresztą wystarczy przeglądać internet, nawet nie trzeba słuchać hip-hopu, żeby się o tym przekonać. I co za tym idzie, praktycznie co roku byłoby trzeba wydawać Biblię w nowej "wersji", bo stara będzie niezrozumiała w obliczu nowej mody językowej wśród młodzieży. To jest zbyt "płynna" rzecz taki młodzieżowy język.
Biblię czytałem tylko w pierwotnym przekładzie księdza Wujka... Tak się zastanawiam, czy idąc tym tropem nie należy też przetłumaczyć wszystkich archaicznych językowo dzieł na młodzieżowe slangi. "Iliada" czy "Don Kichot" też czekają... Blue_Light_Colorz_PDT_27


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
latexfist
użytkownik nieaktywny


Dołączył: 21 Paź 2005
Posty: 119
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Pon 12:17, 14 Lis 2005    Temat postu:

Sprawa nie tyczy się tylko hip-hopowej wersji. Chodzi o zastosowanie przystępniejszego języka w Biblii. Ostatecznie każde tłumaczenie jest złe. Niedokładne. Rozmijające się.

Co do innych tłumaczeń - taka "Illiada" czy "Don Kichot" nie niosą sobą tego wszystkiego, co biblia. Nie pretendują do uniwersalnych dzieł.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Aproxymat
Para X to my


Dołączył: 26 Sie 2005
Posty: 33795
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1537 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: zewsząd
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 12:31, 14 Lis 2005    Temat postu:

Chodziło mi o to, że jeżeli jednym z argumentów "tłumaczenia" na nowe wersje jest archaiczność języka, to można je zastosować do wszystkich archaicznych dzieł. Właściwie czemu i "Daj ać ja pobruszę, a ty pocziwaj" też nie "przełożyć" na hip-hop. Przychodzi mi na myśl pytanie: Czy to dzieło ma być dostosowane do odbiorcy, czy też może odbiorca też powinien włożyć trochę wysiłku w jego zrozumienie, nawet jeśli wymagać to będzie poznania słów i zwrotów dotąd mu obcych?

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
jaras
mrówkolep jadowity


Dołączył: 23 Wrz 2005
Posty: 765
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Koszalin

PostWysłany: Pon 12:40, 14 Lis 2005    Temat postu:

Aproxymat napisał:
Czy to dzieło ma być dostosowane do odbiorcy, czy też może odbiorca też powinien włożyć trochę wysiłku w jego zrozumienie, nawet jeśli wymagać to będzie poznania słów i zwrotów dotąd mu obcych?
Ooo, właśnie...

Sedno sprawy.

Pozdrawiam.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
latexfist
użytkownik nieaktywny


Dołączył: 21 Paź 2005
Posty: 119
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Pon 12:44, 14 Lis 2005    Temat postu:

Aproxymat napisał:
Czy to dzieło ma być dostosowane do odbiorcy, czy też może odbiorca też powinien włożyć trochę wysiłku w jego zrozumienie, nawet jeśli wymagać to będzie poznania słów i zwrotów dotąd mu obcych?

Dzieło jako książka w życiu. Ale dzieło jako np. ewangelizacja już prędzej. No bo dlaczego w kościołach (niektórych) urządza się koncerty rockowe itd. To jest ta sama kategoria działań.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Yasha
Gość





PostWysłany: Wto 10:57, 15 Lis 2005    Temat postu:

Aproxymat napisał:
Chodziło mi o to, że jeżeli jednym z argumentów "tłumaczenia" na nowe wersje jest archaiczność języka, to można je zastosować do wszystkich archaicznych dzieł. Właściwie czemu i "Daj ać ja pobruszę, a ty pocziwaj" też nie "przełożyć" na hip-hop. Przychodzi mi na myśl pytanie: Czy to dzieło ma być dostosowane do odbiorcy, czy też może odbiorca też powinien włożyć trochę wysiłku w jego zrozumienie, nawet jeśli wymagać to będzie poznania słów i zwrotów dotąd mu obcych?

Biblia nie jest zwykła literatrą, a więc jej tłumaczenie wymaga czegoś więcej, niż w przypadku środków zastosowanych podczas przekładu np. "Iliady" Homera. Wiele pojęć z języka biblijnego weszło co prawda do wspólczesnego języka (hebrajskiego), ale utraciły one swoje pierwotne znaczenie, zmieniające się dodatkowo na przestrzeni czasu kilkakrotnie. Mamy więc tutaj słowo w funkcji znaku, z którym powina stać rzeczywistość bliska odbiorcy.
Naturalnie, każdy przekład historyczny był adresowany do kokretnego pokolenia, zdolnego go zrozumieć, używał więc pojęc, które były żywe w ówczesnym języku. Z czasem wyszły z użycia i pojawiła się konieczność nowego, bardziej wspólczesneg przekładu.
Pragnę przypomnieć, że z podobnym problemem niezrozumienia tekstu Tanachu borykano się już w czasach Jezusa (czy też wczesniej, bo powrocie z wygnania, w czasach Ezdrasza i Nehemiasza, gdy odresaurowywano zniszczoną świątynie, miasto i - naturalnie - kult IHVH).
Przyładowo pojecia "tohu" oraz "bohu" obecnie są kompletnie niezrozumiałe.... bez czego, no własnie. Bez odwołania się do tradycji, w której powstała ta literatura - czyli do komentarzy, tzw. Ustnej tory, która jest skarbnicą niejasnych pojęć, suplementem koniecznym do właściwego zrozumienia tekstu.
To nie taka fraza jak "zaprawdę powiadam wam" stanowi zagrozenie dla niewłaściwego odbioru tekstu. W końcu dla każdego przecietnie rozgarnietego i wyrobionego literacko czytelnika będzie znaczyło to, co należy - "mówię wam prawdę".
Natomiast wyjaśnienie należy sie przede wszystkim obrazom pochodzącym z przeszłej i egzotycznej kultury tamtych czasów - i tu należy się skupić na znalezieniu właściwego klucza do tekstu.

Pozdrawiam
Powrót do góry
Aproxymat
Para X to my


Dołączył: 26 Sie 2005
Posty: 33795
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1537 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: zewsząd
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 11:55, 15 Lis 2005    Temat postu:

Ja rozumiem, że Biblia ma inne znaczenie dla osób wierzących, inne dla niewierzących. Język jest jej częścią. Powiedziałbym nawet, że stanowi o jej "biblijności", czymś co ją całkowicie odróżnia od innych utworów. Rozumiem, że pojęcia w niej używane są dla wielu osób kompletnie niezrozumiałe albo zdążyły zmienić swoje znaczenia i mogą być odczytywane opacznie. Nie bardzo tylko pojmuję sens tłumaczenia jej na język, który zestarzeje się za miesiąc, najpóźniej za rok i wiązanie z tym tłumaczeniem nadziei na ewangelizację czy też przybliżenie biblijnego tekstu określonej grupie osób (które nie zamierzają włożyć swojego wysiłku w zrozumienie dotychczasowego tłumaczenia).
Jest jeszcze coś, co trudno mi wyrazić. Kiedy się czyta coś co zostało napisane wieki temu i zachowuje wciąż swoją dawną formę, dostaje się oprócz tekstu i przesłania coś dodatkowego. Poczucie ciągłości w czasie, więzi z dawno już zmarłymi ludźmi, którzy to pisali (nie wdaję się w kwestię autorstwa Biblii, bo nie znam się na tym zupełnie), pokoleniami, które znały tę samą wersję tłumaczenia co ja. Ktoś kiedyś coś napisał, ktoś kiedyś to przetłumaczył używając znanych sobie pojęć. Dziś ja to czytam, może wiele rzeczy jest w tym tekście archaicznych, ale tak naprawdę ten archaizm jest też tego tekstu bogactwem i zaletą. Kto zechce zaznajomić się z hip-hopową Biblią za 100 lat? Czy ktoś wtedy odczuje to samo co ja, kiedy czytam archaiczne tłumaczenie?
Przyznam, że takie podejście, jak tłumaczenie Biblii na język hiphopu jest jakoś z mojego punktu widzenia dziwnie naiwne. Przypomina mi telewizyjne progamy, gdzie dorośli ludzie mizdrzą się do trzynastolatków (z całym szacunkiem dla trzynastolatków - bo można pewnie wśród nich spotkać sporo inteligentnych osób), licząc na to, że zachowując się w ten sposób bardziej dotrą do odbiorców...
Blue_Light_Colorz_PDT_22


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
lulka
Ewa chce spać


Dołączył: 29 Sie 2005
Posty: 11227
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1364 razy
Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 12:48, 15 Lis 2005    Temat postu:

Aproxymat, chyba w jakąś skrajność jednak popadasz.
Przecież nawet gdyby została wydana biblia hip-hopowa to nie oznacza, że zastąpiłaby ona cokolwiek, czy którekolwiek inne tłumaczenie biblii - bo przecież chyba o takich tłumaczeniach tu rozmawiacie?
Tu jest strona o wszystkich tłumaczeniach i wydaniach biblii na język polski:
[link widoczny dla zalogowanych].

Osobiście w całości udało mi się przeczytać dopiero Biblię Warszawsko-Praską, natomiast wcześniej - gdy byłam młoda (i piękna) robiłam to tylko wyrywkowo lub z przeróżnych wypisów opatrzonych odpowiednimi tłumaczeniami (choćby Artura Sandauera). Nie pamiętam jaką Biblię ma moja mama, ale mając 13 czy nawet 18 lat była ona dla mnie kompletnie nie do strawienia.
Pamiętam natomiast jak ochoczo biegałam na msze o 10-tej rano - o tej godzinie była msza big-beatowa (już ktoś powyżej wspomniał) bo po prostu nie było nudno. Myślę, że każdy pomysł mający na celu przybliżenie komukolwiek religii, czyli jakąś żywą ewangelizację ma sens.
Takie wydanie hip-hopowe miałoby zapewne charakter okazjonalny jak np. "Trzej muszkieterowie" w tysięcznym nakładzie dla kolekcjonerów wydane w skórzanej oprawie.
Mnie osobiście śmieszy taki język (hip-hopowy), mojego syna też, bo jest "metalem" - jednak jak spytałam czy chciałby żeby na mszy śpiewali psalmy pod muzyczkę "Metalliki" to mi kazał biec do kościoła i poprosić proboszcza żeby koniecznie o czymś takim pomyślał .
Zresztą nie jest to żaden nowatorski pomysł. Od wielu lat ukazują się wydania biblii w obrazkach dla 4-ro czy 5-cio letnich bobasów i nikogo to nie oburza.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Aproxymat
Para X to my


Dołączył: 26 Sie 2005
Posty: 33795
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1537 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: zewsząd
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 13:49, 15 Lis 2005    Temat postu:

Wiem wiem, mnie tez to nie oburza, ale raczej śmieszy. Biblia hiphopowa nie zastąpi niczego, poza tym, że raczej wątpię by zainteresowała kogokolwiek na czas dłuższy niż rok, bo potem się zestarzeje. I sam pożytek z niej uważam za dużo niższy niż z Biblii z obrazkami dla dzieci. Natomiast jak się ma 13 lat to wiele rzeczy jest nie do strawienia

Swoją drogą - takie podręczniki fizyki czy anatomii też zawierają pełno niezrozumiałych słów i zwrotów i może też warto je wydawać w tłumaczeniu na hip-hop? Może kogoś zainteresują?


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Yasha
Gość





PostWysłany: Śro 10:40, 16 Lis 2005    Temat postu:

Aproxymat napisał:
Ja rozumiem, że Biblia ma inne znaczenie dla osób wierzących, inne dla niewierzących. Język jest jej częścią. Powiedziałbym nawet, że stanowi o jej "biblijności", czymś co ją całkowicie odróżnia od innych utworów. Rozumiem, że pojęcia w niej używane są dla wielu osób kompletnie niezrozumiałe albo zdążyły zmienić swoje znaczenia i mogą być odczytywane opacznie. Nie bardzo tylko pojmuję sens tłumaczenia jej na język, który zestarzeje się za miesiąc, najpóźniej za rok i wiązanie z tym tłumaczeniem nadziei na ewangelizację czy też przybliżenie biblijnego tekstu określonej grupie osób (które nie zamierzają włożyć swojego wysiłku w zrozumienie dotychczasowego tłumaczenia).

Sens tłumaczenia jakiejkolwiek literatury czy informacji na język, którym posługuje się wąska grupa społeczna jest o tyle zrozumiały, o ile ktoś widzi cel w tym, aby dotrzeć do tej grupy z tą informacja (w tym przypadku będzie to przesłanie ewengeliczne). Jeśli tylko ktos uzna, że warto, i będzie chciał się trudzić w tym celu, to dlaczego nie, nawet jeśli będzie to przydatne jedynie dla niewielkiej społeczności, jak w przypadku omawianym.
W czasie, gdy tłumaczono biblię hebrajska - Tanach - na język grecki (Septuaginta), ortodoksyjne środowiska żydowksie były tym faktem zbulwersowane. Dzień, w którym dopełniono przekładu rabini okreslają jako największą katastrofę w dziejach świata, równą zaćmieniu słońca. A jednak, z perspektywy czasu, w kontekście tego, co stało się później widzimy, że był to "strzał w dziesiątkę" - wcześniej przygotowany grunt teologiczny ST mogł być bazą dla powstałej ewengelii w uniwersalnej postaci, która została skierowana już nie tylko do Żydów, gdy okazało się, że planem zbawienia objęte sa narody, tzw. poganie.
Potrzebą chwili było napisanie ewangelii w jezyku ludowym, tak, aby zrozumiały ją masy posługujące się tą mową - czyli tzw. greka koine. Chyba każdy z nas wie o tym, że koine jest dalekie od języka dramatów greckich, a zasób słownictwa oraz wartość językowa wskazuje nawet na to, że ci, którzy pisali Nowy Testament albo nie byli wprawnymi literatami, albo celowo dostosowywali poziom swojej wypowiedzi do odbiorców.
Tak więc jeśli ewangelia hip-hopowa zyska popularność wśród tych, do których jest adresowana, to spełni swoje zadanie.
Reasumując - w przypadku Biblii, poziom literacki nie jest najważniejszy, o ile tylko spełnia swoje zadania: nie osłabia mocy komunikacu i rzetelnie oraz w czytelny sposób przekazuje informacje.
Druga sprawa: ewangelia jest "Dobra nowiną", ale jest rownież i "Zła nowina":
Nie wszyscy będą zbawieni
W tym drugim przypadku nie znajdzie się język zdolny wywołać efekt w opornym i niezainteresowanym słuchaczu.
Powrót do góry
Aproxymat
Para X to my


Dołączył: 26 Sie 2005
Posty: 33795
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1537 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: zewsząd
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 11:29, 16 Lis 2005    Temat postu:

Tak, tyle tylko, że czym innym jest język określonej nacji, funkcjonujący z całą swoją historią i wpływami innych języków, a co innego slang pewnej
grupy, która jest płynna i krótkotrwała - nawet jeśli hip-hop przetrwa następne 10 lat, to będzie już operował innym językiem Hiphopowcy nie są żadną wąską grupą społeczną, bo nawet nie są grupą społeczną - znam paru przynajmniej i niektórzy doskonale posługują się płynną i dosyć bogatą polszczyzną, inni mają po prostu ubogie słownictwo. Zresztą sporo hiphopowych zwrotów wywodzi się z gwary więziennej, trochę jest zapożyczeń z angielszczyzny (afroamerykańskiej ), trochę nowomowy rodem z mediów - ale nie jest to jakiś samodzielny język. Problemy ze zrozumieniem tekstu wynikają na ogół właśnie z małego zasobu własnego słownictwa. Oczywiście można się bawić w dostosowywanie tekstu do możliwości takiego odbiorcy, który operuje niewielką tylko ilością słów... Tak właśnie jest z dziećmi - ale dzieci jako odbiorcy są właściwie stałą grupą - bo choć jedne wyrastają, to pojawiają się nowe, natomiast hiphopowcy są dzisiaj, ale za jakiś niedługi czas wszystko się zmieni i ich język też, więc moim skromnym zdaniem poświęcanie wysiłku na dostosowywanie tłumaczenia do ich akurat możliwości i umiejętności to zbędny wysiłek.
Yasho, nie wiem jak to jest, ale chyba wierność oryginałowi jest najważniejsza przy kopiowaniu i tłumaczeniu Biblii? Czy więc zbyt wielkie uproszczenia/zmiany w tłumaczeniu nie powodują naruszenia tej zasady i zniekształcenia właściwego tekstu?

[poprawiłem Twój nick w swoim poście, stale piszę go błędnie, no i kojarzy mi się nieustannie ze "Sztukmistrzem z Lublina" )


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Yasha
Gość





PostWysłany: Śro 12:02, 16 Lis 2005    Temat postu:

Dobrze ci się kojarzy mój nick
Ale więcej o tym i moja odpowiedź innym razem, bo nie mam już czasu


Pozdrawiam
Powrót do góry
Yasha
Gość





PostWysłany: Czw 17:33, 17 Lis 2005    Temat postu:

Aproxymat napisał:

Yasho, nie wiem jak to jest, ale chyba wierność oryginałowi jest najważniejsza przy kopiowaniu i tłumaczeniu Biblii? Czy więc zbyt wielkie uproszczenia/zmiany w tłumaczeniu nie powodują naruszenia tej zasady i zniekształcenia właściwego tekstu?

Kiedyś była moda na dosłowne tłumaczenia biblii. Było to w czasach, gdy powstała Biblia Króla Jakuba oraz nasza polska - Biblia Gdańska. Obecnie odchodzi sie od sztywnego trzymania się tekstu, stąd pojawiają się biblie w dość lużnym przekładzie, np Amplified Bible, gdzie w tekście przekładu zawarte są dodatkowe informacje służące lepszemu zrozumieniu.
Biblia już nie jest tekstem, z którym należy się obchodzić w translacji z największym pietyzmem, bo mamy wiele przekładów historycznych, do których można się w każdej chwili odwołać.
Moimz zdaniem tłumaczem powinna kierować przede wszystkim troska o to, aby użyć takich środków, by w wierny sposób oddać zamierzenie pierwszego autora. Przed tłumaczącym stoi zadanie filologa, który powinien się okazać miłosnikiem sensu, i w tym kierunku powinny zmierzać jego wysiłki, aby tłumaczony przezeń tekst był zrozumieły przez odbiorcę, do którego kieruje tłumaczone słowa. Tak więc zanim tłumacz przełoży tekst pierwotny, powinien sam ten sens zbadać, zrozumieć, i w pewien sposób zinterpretować - co jest nieumiknine, bo każde zetknięcie się ze słowem jest natychmiast interpretowane.

Nie widze konieczności, aby bić pokłony przed dosłownym, choć mocno archaicznym przekładem Biblii Gdańskiej, która raczej zniechęci przeciętnego czytelnika - bo kto tak dzisiaj mówi:

Widząc tedy niewiasta, iż dobre było drzewo ku jedzeniu, a iż było wdzięczne na wejrzeniu, a pożądliwe drzewo dla nabycia umiejętności, wzięła z owocu jego i jadła

Czy nie można by tego powiedzieć normalnie, na przykład tak:

Gdy kobieta spostrzegła, że drzewo jest jadalne i miłe dla oka, wzbudziło ono w niej nadzieję zdobycia nowych doświadczeń, zerwała więc z niego owoc i zjadła
[tłumaczenie własne, luźne]

Żydowskie podejście do tłumaczeń jest bardzo ortodoksyjne - nie uznają oni żadnego tłumaczenia i załatwione
Tora w przekładzie staje się kłamstwem, i tylko hebrajski tekst się liczy.
Coś w tym jest, bo każde tłumaczenie to już interpretacja.

Cytat:
[poprawiłem Twój nick w swoim poście, stale piszę go błędnie, no i kojarzy mi się nieustannie ze "Sztukmistrzem z Lublina" )

To jest off-topic, ale postać Jaszy Mazura mnie fascynowała. Jasza miał pragnienie poznać odpowiedzi na nurtujące go pytania o naturę wszechświata. Szukał daleko tego, co miał w sobie, tak blisko, jak wdech od wydechu
Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum po 30-tce Strona Główna -> Pałac Kultury i Nauki Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin